• Dzisiaj jest sobota, Kwiecień 21, 2018
  • 15.6 C

2. Prawie jak puch

lotnisko2 jpg
Katarzyna Fedyk
Sierpień12/ 2015

Marka poznałam w liceum i chociaż nie podzielałam wszystkich jego poglądów, to jednak zawsze czułam się przy nim swobodnie. Do tego stopnia, że pewnego dnia powiedziałam:

– Przy tobie staję się lekka, prawie jak puch z topoli, pod którą teraz siedzimy.

Zdziwił się. Spojrzał na mnie, na drzewo, po czym znów na mnie… Zerkał tak, jak ktoś, kto ma przejść przez ulicę, w lewo, w prawo… Wtedy wydawało mi się, że robi to bez końca, co mnie zresztą ogromnie radowało. Poza tym zbierałam te, i wszystkie inne, Marka spojrzenia. Liczyłam je. Dodawałam. Mnożyłam i mnożyłam…

– Żebyś wiedziała, że topola – rzekł po paru sekundach. – I żebyś nie odleciała za daleko muszę cię kiedyś zatrzymać dla siebie, albo obciążyć moim losem.

A potem, jak gdyby nic się nie stało, uśmiechnął się i wyciągnął z plecaka dużą, żółtą gruszkę. Zjedliśmy ją całą.

Tak naprawdę nie było „kiedyś”. Nie tylko mnie nie zatrzymał dla siebie, ale jeszcze poznał ze swoim kumplem, marynarzem, który kilka lat później – gdy Marek pierwszy raz odleciał na Wschód – został moim mężem.

A los? Nie wiem… Los to coś dużo większego, niż nam się często wydaje. Lepiej pokłonić się przed nim, a potem obserwować uważnie to, co nam się w życiu przydarza. Jednak my, zamiast pokochać los, wolimy osądy. W iluzorycznym świecie bardziej się one przydają. Są jak waluta lokalna. A że na ogół mamy jej dużo, to mało kto ją zatrzymuje dla siebie, zwłaszcza że możemy nią zapłacić za każdą transakcję.

O życiu Marka, tam na Wschodzie, wiedziałam prawie nic. Po tym, jak odleciał nie szukałam z nim kontaktu. Nikogo nie pytałam, gdzie jest, gdzie mieszka, co robi, czy świetnie mu się wiedzie. Byłam rozczarowana i zbyt dobrze pamiętałam wszystkie nieprzespane noce. No bo jak można zniknąć bez słowa, bez „do widzenia”, „wrócę za rok” lub „wrócę za trzy lata”?

Wtedy wiele razy śnił mi się ten sam sen. Mieszkanie Marka wypełnione taką czułą pustką, że aż bolało. Broniłam się przed nią. Uciekałam, mając nieznośne odczucie zastygłego w nogach ciężaru. I ciągle – jak to w śnie – byłam w jednym i tym samym miejscu. Stałam w długim korytarzu, obok mężczyzny bez twarzy. Jego ciało puchło, coraz mocniej napierało na ściany. Bałam się… Bałam, że ta pustka i ciało wleją się we mnie tak, jak wlewa się masa do formy lub miski. Budziłam się w środku nocy przerażona, rzadko kiedy ponownie zasypiałam.

Czasem ktoś pytał mnie o Marka, opowiadał coś o nim albo go wspominał. Ale to było znacznie później, kiedy udało mi się wreszcie dostroić do nowych okoliczności życia, obudować na tyle szczelnie, że nie musiałam ani uciekać przed myślą o Marku, ani cofać się w przeszłość i po raz enty cierpieć, przeżywać. Część znajomych mówiła, że zamknęłam się w sobie. A życie, jak to życie, po prostu posuwało się naprzód.

Od dwóch lat ponownie widuję się z Markiem. I nie na Skype czy jakimś Gadu-Gadu. Spotykamy się na lotniskach. W zależności od pory dnia jemy w bufecie lekkie śniadanie, obiad lub kolację. Odpoczywamy w przestronnych, nowoczesnych poczekalniach. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że utraciliśmy dawną, młodzieńczą swobodę, ale to nie jest prawda. Nadal dużo rozmawiamy, nadal śmiejemy się – czasem przez łzy. W istocie rzeczy to, co jest i nie jest między nami dzieje się pod wielkim dachem Wszechświata, między przylotem a odlotem, między jedną a drugą Marka lub moją podróżą.

 

Zdjęcie na licencji: Creative Commons

Copyright © by Katarzyna Fedyk

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Musisz zaznaczyć pole *

Możesz użyć takich HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>