• Dzisiaj jest sobota, Luty 24, 2018
  • -4.1 C

1. Dostęp do wody to sprawa życia i śmierci (1)

woda
Katarzyna Fedyk
Lipiec31/ 2015

 

„Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów,

lecz na nowym spojrzeniu”.

/Marcel Proust/

1. Dostęp do wody to sprawa życia i śmierci (1)

Około czwartej czterdzieści przetarłam zmęczone oczy. Oczywiście nie musiałam zrywać się o świcie, miałam urlop. Jednak powietrze było nieprzyjemne, jakby ogrzało je pięć słońc. Poza tym Seweryn chciał pić. Od w pół do piątej domagał się, żebym wyszła z łóżka i odkręciła kran przy umywalce. Zamierzałam ignorować jego zaczepki nie mniej niż kwadrans, odwrócić się na drugi bok i chociaż poleżeć. Ale trudno mi było wyprzeć myśl: co jeśli przysnę na dłużej? Przecież zwierzę nie poradzi sobie z kurkiem…

Tak więc przetarłam zmęczone oczy, powoli przesunęłam dłoń po spoconej twarzy.

– OK koleś, idziemy…  – powiedziałam.

Kot wybiegł z pokoju.

Gdy weszłam do łazienki, Seweryn mościł się już w umywalce. Mruczał, próbował uformować onyks w zupełnie nowy kształt. Wreszcie przycupnął. Czekał aż cienki strumień wody spłynie na jego czarną jak smoła sierść.

– Zadowolony?

Wyglądał na szczęśliwego, wsadzając pysk pod kran.

Około piątej wzięłam prysznic. Kwadrans później zmełłam ziarna kawy, postawiłam na stole filiżankę – obok płatków żytnich z jogurtem i rodzynkami. Kiedy woda w czajniku zawrzała, wyłączyłam kuchenkę i zalałam kawę. Jej świeży zapach przypomniał mi o podróży, lecz nie o tej planowanej od miesiąca, a tej opisanej przez Prousta. Prawdziwej. Zaczęłam nawet zastanawiać się na tym, co trzeba zrobić, ile więcej czuć i wiedzieć o sobie, żeby inaczej spojrzeć na miejsca wielokrotnie już odwiedzane. Niestety, nic ciekawego nie przyszło mi do głowy, oprócz komentarzy, myśli, oprócz dziwnego skojarzenia z sokiem pomarańczowym, który – poza tym, że był moim ulubionym – z niczym specjalnie mi się nie łączył.

Po śniadaniu wypiłam szklankę zimnej wody z cytryną, dosypałam do kociej miski suchej karmy. A potem wyjęłam z pawlacza torbę i spakowałam przygotowane poprzedniego dnia rzeczy. Było wśród nich kilka książek w miękkiej okładce, ołówek, pióro wieczne, notatnik.

Przed siódmą przeniosłam bagaż do przedpokoju i postawiłam go przy oknie. Podlałam stojące na parapecie kwiaty. Przy okazji oberwałam trzy suche liści draceny, które wraz z metką nowej torebki w kolorze lodów waniliowych wrzuciłam do kosza na śmieci.

Do godziny dziesiątej wykonywałam zwyczajne codzienne czynności. A potem znów wzięłam prysznic, znów postawiłam na stole filiżankę i, kiedy zagotowała się woda, znów zalałam kawę. Tym razem –  żeby nie popaść w odczucie déjà vu – dodałam do niej pół łyżeczki trzcinowego cukru. Zamieszałam, delikatnie dmuchając na gorący napar. Wypiwszy znikomą ilość małej czarnej, włączyłam radio i zapadłam głęboko w kanapę.

Orkiestra grała utwór Pendereckiego. W tej muzyce działo się coś, co budziło lęk. Nie chciałam wiedzieć co i nie chciałam napełniać się tym trudnym uczuciem. Zmieniłam kanał, przełączyłam na informacje. One także nie napawały otuchą, no może z wyjątkiem jednej – synoptycy zapowiadali na wieczór intensywne opady deszczu.

Po wiadomościach, kiedy śpiewała Kasia Nosowska, pokroiłam jabłecznik od pani Zosi. Cztery kawałki włożyłam do pojemnika na śniadanie, dwa ułożyłam na talerzyku, a to, co zostało schowałam z powrotem do lodówki. Dwie minuty później, smakując słodkie ciasto nuciłam: „Nic naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłości”.

Od tego śpiewu Kaśki serce mi aż zadrżało i – co gorsza – w moich odczuciach coś się zmieniło. Miałam wrażenie, że wszystko dzieje się, jak na zwolnionym filmie. Czy grałam w nim rolę? Szwendałam się po domu, lustrowałam swoje kąty. Może statystowałam? Stałam przy oknie w salonie. Pijąc sok z pomarańczy, patrzyłam na taras oblepiony ostrym światłem słońca.

Kiedy drżenie ustało włączyłam komputer, odpisałam na maile, te zaległe i te bieżące. Niektóre odpowiedzi były krótkie.

Około południa kot zasnął w brodziku prysznicowym – chyba tam było najchłodniej. A ja dopiłam wystygłą już kawę, ubrałam spodnie z cienkiej tkaniny i białą koszulkę z błękitno-szarym nadrukiem: Where am I?  T-shirt był nowy. Dostałam go od Marka…

 

Zdjęcie na licencji: Creative Commons

Copyright © by Katarzyna Fedyk

  • Andrzej L. Powtórz
    2 lata ago

    A mój pies w największe upały wychodzi na balkon i wygrzewa się w pełnym słońcu. Na polewanie wodą reaguje nerwowo. Tak w ogóle to tekst jest piękny i wypada tylko zapytać czym skończyła się ta podróż do nowego spojrzenia.

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Musisz zaznaczyć pole *

Możesz użyć takich HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>