• Dzisiaj jest wtorek, Październik 27, 2020

Wędrówka (1)

wedrowiec jpg
Alfred Kampa
Sierpień20/ 2015

Była noc.

Ostęp leśny wydawał się nie mieć końca. 

Dukt był jednym wielkim grzęzawiskiem, mazistą, śliską breją zmieszaną z odłamkami skał, kawałkami obumarłych gałęzi i resztkami wystających gdzieniegdzie rosochatych korzeni. Unosił się nad nim zielonkawobrunatny, cuchnący opar, wiszący pomiędzy powykręcanymi kikutami konarów, zdarzającymi się tutaj od czasu do czasu wśród innych, wyglądających na zwykłe, gałęzi. 

Czas osowiale kuśtykał do przodu. 

Człowiek poruszał się niezgrabnie – szedł ciężko, przygniatany bólem zgarbionych pleców. Z trudem i mlaskaniem błocka na cholewach wyciągał filcowe gumowce ze śmierdzącej gnojówy do śmierdzącego powietrza. Posuwał się naprzód, lecz nie sprawiało mu to satysfakcji. Wiedział tylko, że musi iść dalej, musi powtarzać naprzemienny ruch prawej i lewej nogi. 

Z kniei dochodziły niepokojące odgłosy. Słychać było złowieszcze pohukiwania na przemian z rozpaczliwym piskiem ściganej przez drapieżcę ofiary. A potem soczysty chrzęst, zaciskanie skrwawionych szczęk, pożeranie w akompaniamencie jęczącego skrzypienia gęstych olch i zawodzącego wiatru. Wiało też w igłach strzelistych świerków. Wszystkie te odgłosy docierały do wędrowca jak gdyby z oddali i wydawały się mu nierzeczywiste, jakby w ogóle ich nie było, a przecież je słyszał. Nie tracił jednak świadomości, tylko chwilami czuł, że nie idzie tym leśnym duktem, albo że idzie, ale nie on. 

Świtało. 

Tam, gdzie wichura rozpędziła leśny gąszcz muskały fragmenty jaśniejszej przestrzeni. Wydobywały się z przepastnych wnętrzności nocy, jakby z nicości. Wraz ze światłem, gdzieś znad horyzontu, szczytów drzew, płynęła też jakaś irracjonalna nadzieja. 

Mężczyzna oddychał z trudem przez pokryte białym nalotem gardło. Cuchnące powietrze przelatywało do jego płuc, głupawo poświstując w poszarpanych zgniłym odorem oskrzelach. Poluzował więc ściskający szyję, przepocony kołnierz koszuli. Szedł. To było dla niego najważniejsze. Chciał za wszelką cenę dojść do końca tej leśnej tulei, która przecież musiała mieć swój kres, jak wszystko. Żar w płucach i kołatanie serca wzbudzały w nim coraz większy nieoswojony lęk. Skąd wziął się w tym lesie?  Niestety, nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Jednostajny rytm kroków powoli uspokajał wędrowca. Zwolnił, czując, jak ogarnia go lepkie zmęczenie. Obrazy rozwidniających się po drodze chaszczy przesuwały się przed jego oczami jak film, w zwolnionym tempie. Błotniste brudy stopniowo nabierały barw, najpierw fioletowych i szkarłatnych (tak mu się przynajmniej wydawało), potem czerwonawych. W oddali przed sobą zobaczył jaśniejącą plamę. Z ufnością podążył ku niej. Kleisty mozół schodził ze zdrożonego ciała. Nadzieja rysowała się coraz wyraźniej, wyzwalała się w nim i roztapiała jak cukier w ciepłej herbacie. 

Mężczyźnie wydawało się, że słyszy głos pierwszego budzącego się ptaka – niby to ćwierk, niby świergot, tak bardzo rozbudzający, tak świeży, bliski, że aż poczuł jakby tego ptaka dotykał. „Nie, to niemożliwe”, pomyślał i znów ogarnął go dławiący gardło niepokój, a serca zaczęło wyprawiać dzikie harce. 

Piechur rozejrzał się wokół. Z ciemnych posępnych szarości wyłaniały się zielone, zdrowe, miękkie barwy, a drzewa sprawiały wrażenie jaśniejszych i coraz bardziej realnych. Dopiero teraz zobaczył całe i oprószone porostami pnie, stojące w pobliżu wysmukłe brzózki z cienkimi, szarymi gałązkami. Zobaczył także ślady ciągnikowych opon, wyżłobione głęboko koleiny. To w nich stała śmierdząca woda i błotnista maź, z której tak trudno wydobywały się jego gumowce.  

Mężczyzna wlókł się wyczerpany długą wędrówką, starając się omijać zdradliwe, grząskie bajorka. Był coraz bliżej. Bliżej końca niekończącego się przez całą noc leśnego tunelu – drogi, która teraz powoli się przed nim otwierała. Rozpalonymi nozdrzami wciągał odpływające w górę resztki bagnistych wyziewów. Ten smród nadal budził w jego umyśle poczucie bezsilności i zwątpienia, ale już nie tak, jak w nocy. Powtarzał w myślach: „dalej to bliżej… Trzeba tylko wciąż stawiać krok za krokiem, wykonywać ruch za ruchem, wskrzeszać wysiłek za wysiłkiem”.

Jak blisko był wyjścia z tego lasu, a jak blisko pozostania w nim? Nie wiedział. Szedł. A puszcza, która tej nocy trzymała go w okowach, stawała się coraz rzadsza, szersza, rozchodziła się na boki, aż wreszcie wybuchła wulkanem wschodzącego słońca w otwartej bramie leśnego duktu. Był na jej skraju.

 

 Zdjęcie na licencji: Creative Commons

Copyright © by Alfred Kampa

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Musisz zaznaczyć pole *

Możesz użyć takich HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>