• Dzisiaj jest piątek, Październik 19, 2018
  • 9.3 C

Ukryte piękno

kamienica
Andrzej Liczmonik
Maj21/ 2016

Zośka zawsze trochę nie pasowała do reszty swoich rówieśników. Już w przedszkolu wychowawczynie patrzyły na nią z większą troską i doradzały rodzicom wizyty w specjalistycznych poradniach. Nie lubiła bawić się z resztą grupy, nie pociągały ją ani skakanki, klocki, piłki, ani pięknie ubrane lalki. Najchętniej siadała na kolorowym drewnianym krzesełku, tuż przy oknie wychodzącym na domy z mocno poczerniałą, popękaną elewacją. Wpatrywała się w ślady po uderzeniach pocisków – pamiątki toczącej się przeszło czterdzieści lat wcześniej wojny – z zadumą naturalną u ludzi będących w schyłkowym okresie życia, z koncentracją co najmniej niezwykłą dla osób w jej wieku. Przynaglana przez przedszkolanki niechętnie dołączała do grupy. Zamiast integrować się z nią czekała na pierwszą lepszą okazję, żeby ponownie odłączyć się od rówieśników i poświęcić całą swoją dziecięcą uwagę starym kamienicom. O czym wtedy rozmyślała? I czy w ogóle rozmyślała? To mogła wiedzieć tylko ona.

Na pierwszy rzut oka mała nie miała specjalnego powodu, by tak się zachowywać. Była jedynaczką. Rodzice chodzili koło niej na palcach, dbali o wszystkie  potrzeby rodziny. Ojciec pracował w przedsiębiorstwie zajmującym się handlem zagranicznym, często bywał po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”. Z podróży służbowych przywoził córce prezenty – zabawki, o których jej koleżanki mogły tylko pomarzyć. Niestety, Zosia nie sięgała po nie zbyt często. W domu też najchętniej siadała przy oknie i wpatrywała się w budynki podobne do tych, które stały naprzeciwko przedszkola.

Przekroczenie szkolnych progów niewiele zmieniło w usposobieniu dziewczynki, zwłaszcza że nieremontowanych od niepamiętnych czasów kamienic było w pobliżu wiele. Mała samotnica już na pierwszej lekcji zajęła miejsce w ławce obok okna i napawała się widokiem, od którego wszyscy inni najchętniej odwróciliby głowy. Nauka nie sprawiała jej trudności, ale nie przykładała się do niej zbytnio. Posiąść sztukę czytania i pisania – owszem, to uznawała za ważne, lecz wszelka inna wiedza, jaką przekazywały na lekcjach nad wyraz cierpliwe nauczycielki, nie wydawała się jej interesująca. Przynajmniej nie na tyle, żeby zrezygnować z kontemplacji oszpeconego muru.

Gdy dziewczynka miała dziesięć lat, rodzice postanowili wybudować własny dom na obrzeżach miasta. Pewnej niedzieli zabrali tam córkę. Pokazali jej malowniczą okolicę, eleganckie dwupoziomowe wille – pięknie pomalowane, otoczone starannie utrzymanymi przydomowymi ogródkami.

– Popatrz kochanie! – powiedział tato. – Wkrótce, między tymi nowymi domami, stanie jeszcze jeden… nasz! Zamieszkamy w nim. Pożegnamy wreszcie starą i wiecznie ponurą dzielnicę.

Zosi łzy napłynęły do oczu, a usta wykrzywiły się w podkówkę.

– Nie chcę! – wykrzyknęła po chwili, tupiąc ze złością nogą, co dawno jej się nie zdarzyło. – Chcę pozostać tam, gdzie mieszkamy teraz! Tam jest pięknie!

– Dziecko, co ty mówisz?! – zawołała mama – Przecież to okropna okolica! Tutaj dopiero jest pięknie!

– Nieprawda! – zaprotestowała Zośka. – Kamienice są prawdziwe! Można patrzeć na nie i bez końca odkrywać w nich coś nowego. Można sobie wymarzyć tyle światów, ile dusza zapragnie. A tu wszystko jest takie sztywne… skończone! Tu można się udusić!

Reszta słów uwięzła dziewczynie w gardle, a krzyk przeszedł w spazmatyczny szloch. Rodzice poczuli się bezradni, nie wiedzieli jak zareagować na takie zachowanie córki. W końcu mama przytuliła ją do siebie, pogłaskała po głowie i nieco uspokoiła. Zosia powoli wróciła do równowagi. Gdy przestała płakać, popatrzyła mamie w oczy, a potem tak samo spojrzała na tatę.

– Obiecajcie mi, że nigdy się tu nie przeprowadzimy – powiedziała.

Oboje dorośli patrzyli na nią zakłopotani. Od dawna nawykli do spełniania licznych próśb ukochanej jedynaczki. Ale jak mogli obiecać jej coś, co wiązało się z rezygnacją z dawno powziętych przez nich planów.

– Pomówimy o tym później – powiedział tato. – A teraz wracajmy już do domu, do twojej pięknej, odrapanej kamienicy, żebyś tam mogła wymarzyć sobie tyle światów, ile tylko zapragniesz.

Późnym wieczorem, gdy dziewczynka była już pogrążona w głębokim śnie, rodzice usiedli przy kuchennym stole nad filiżankami herbaty i zaczęli rozmawiać o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia.

– Podczas dzisiejszego wypadu za miasto dowiedzieliśmy się więcej o naszej córce – powiedział ojciec Zosi.

– Tak, na pewno więcej niż w poradniach.

– Ciekawe, po kim ona ma zamiłowanie do tych wstrętnych murów?

– Nie wiem – odparła matka. – Ale w tym, co mówiła jest jakaś mądrość. Może nie przypadkowo daliśmy jej na imię Zofia.

 

Zdjęcie na licencji: Creative Commons

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Musisz zaznaczyć pole *

Możesz użyć takich HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>