• Dzisiaj jest niedziela, Lipiec 22, 2018
  • 27.8 C

Porządek

Porzadek cz.1
Andrzej Liczmonik
Kwiecień03/ 2016

Wiadomość była tym razem zupełnie pewna. To nie jakaś przepowiednia z kalendarza Majów, czy inne wątpliwej jakości proroctwo. Tę informację potwierdziły wszystkie instytuty astronomiczne na świecie, a wszystkie rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne opublikowały jako jedynego newsa tego dnia, wywołując trwogę i rozpacz mieszkańców błękitnej planety. Do Ziemi zbliża się z ogromną prędkością wielka asteroida o średnicy ponad dwustu kilometrów i uderzy w nią za kilkanaście godzin. Jest już za późno, żeby w jakikolwiek sposób zapobiec katastrofie. Na razie trudno przewidzieć, w którym punkcie dokładnie dojdzie do zderzenia, ale jego siła i tak będzie wystarczająco wielka, żeby spowodować pęknięcie Ziemi na dwie lub więcej części. Na skutek tego nie ocaleje na niej żadna żywa istota, a już na pewno nie człowiek.

Ta wiadomość nadana została po raz pierwszy około piątej nad ranem czasu uniwersalnego i pogrążyła w smutku, przygnębieniu i rozpaczy wszystkich, którzy ją usłyszeli. Wszystkich, ale nie Jego. On na nią jakby od dawna czekał. Było kilka minut po szóstej, gdy w swoim domu włączył radio i zamiast codziennie nadawanej o tej porze wesołej muzyki, usłyszał grobowy głos spikera obwieszczający bliską i nieuniknioną katastrofę.

„A więc ten dzień będzie ostatni” – pomyślał ze spokojem. Po czym wstał, umył się jak zawsze, starannie ogolił, założył czystą koszulę, garnitur i krawat. Jak zwykle, przed wyjściem do pracy, zjadł śniadanie, wypił filiżankę dobrej, mocnej kawy, spakował do teczki wszystkie potrzebne dokumenty i wyszedł punktualnie o siódmej do swojego biura, do którego powinien dotrzeć na wpół do ósmą.

Gdy znalazł się na ulicy doznał niemiłego zaskoczenia. Miasto nie wyglądało tak, jak codziennie – tętniące życiem, pełne przemieszczających się ludzi i samochodów oraz gwaru rozmów. Na chodnikach leżały trupy tych, którzy, nie mogąc znieść napięcia oczekiwania na najgorsze, postanowili przyspieszyć bieg wydarzeń wyskakując przez okno lub rzucając się pod nadjeżdżające pojazdy. Dziwił się tym ludziom. Przecież za kilkanaście godzin spotkałoby ich to samo. Czy nie mogli poczekać przez ten krótki czas, skoro i tak czekali na własną śmierć od początku życia i nie przychodziło im do głowy, żeby ją przyspieszyć, gdy nie wiedzieli, kiedy ona nastąpi? Dlaczego tak bardzo zależało im na tym przyśpieszeniu, skoro już tę wiedzę posiedli? Tego nie mógł zrozumieć.

Przed kościołami tłoczyły się tłumy błagających Stwórcę o miłosierdzie i przebaczenie win. On nie czuł potrzeby udania się do kościoła akurat teraz i akurat z tego powodu. Całe życie skrupulatnie wypełniał wszystkie swoje obowiązki wobec Boga i ludzi. Był więc zupełnie pewien, że, o ile dzisiejsze wydarzenie powiązane będzie z Sądem Ostatecznym (a wierzył głęboko, że tak się właśnie stanie), to będzie to dla niego sąd jak najbardziej przychylny i nie ma żadnych podstaw, aby się go obawiać.

Sklepy spożywcze, zwykle już czynne o tej porze, były teraz pozamykane i nikt nie czekał pod drzwiami na ich otwarcie. Za to w sklepach sprzedających alkohol były wszędzie powybijane szyby, a wewnątrz kłębili się ci, którzy pragnęli wysokoprocentowymi trunkami uśmierzyć trwogę oczekiwania na niechybny koniec. Nikt im w tym nie przeszkadzał. Nikt nie zabierał z chodników coraz liczniejszych trupów samobójców. Nigdzie ani śladu policji, czy innych służb porządkowych. To wszystko budziło w nim głębokie oburzenie. Dlaczego ludzie tak masowo nie wypełniają swoich normalnych obowiązków? Kto ich od tego zwolnił? Przecież ten dzień jest taki sam jak wszystkie inne dni do tej pory. Co z tego, że ostatni w dziejach świata? Czy „ostatni” musi koniecznie znaczyć „inny”?

Nieco spóźniony (nie przypuszczał, że całą drogę z domu do pracy będzie dziś musiał pokonać na piechotę) dotarł wreszcie do swojego biura. Niedotarcie na czas wywołało u niego zły nastrój. Nie lubił się spóźniać. W ciągu kilkunastu lat pracy zawodowej i wcześniejszych kilkunastu lat nauki nie zdarzyło mu się to ani razu. Biuro było oczywiście zamknięte. Nikogo na portierni ani nigdzie w pobliżu. Na szczęście miał własny klucz, więc bez problemu dostał się do środka. Usiadł przy swoim biurku, włączył komputer i zaczął przygotowywać dla dyrektora raport z dotychczasowego przebiegu realizacji projektu, w którym uczestniczył. Zdawał sobie sprawę, że nikomu już tego raportu nie przedstawi, nikt się z nim nie zapozna i nie wyciągnie wniosków do dalszej pracy. Ale przecież polecono mu ten raport przygotować, więc musi to zrobić najlepiej jak potrafi. Koniec świata nie zwalnia z obowiązków. Gdy ukończył sporządzanie raportu, wydrukował go, zaniósł do pustego gabinetu dyrektora i położył na jego biurku. Był sam jeden w całym biurowcu. Nie zlecono mu dziś innych zadań. Mimo to, pozostał w pracy do piętnastej trzydzieści. Wcześniejsze wyjście byłoby samowolnym porzuceniem stanowiska, a na taką nieodpowiedzialność nigdy by sobie nie pozwolił.

Droga powrotna była jeszcze bardziej przygnębiająca niż ta poranna. Chaos, w jakim pogrążało się miasto, stawał się nie do opisania i nie do zniesienia. Starał się iść jak najszybciej, nie rozglądając się dokoła.

W domu, po zjedzeniu skromnego obiadu przygotowanego z tego, co miał w lodowce (zakupów nie mógł zrobić, bo żaden sklep nie został oficjalnie otwarty, a włamywać się i brać czegokolwiek bez płacenia nie zamierzał), zabrał się za robienie porządku. Wszystkie przedmioty, pisma oraz ubrania poukładał na wyznaczonych dla nich miejscach. Te, które znajdowały się już tam, gdzie trzeba, popoprawiał, aby leżały równiutko i nienagannie. Ze wszystkich odkrytych powierzchni powycierał kurze wilgotną ściereczką. Brudne rzeczy wrzucił do pralki i nastawił pranie. Następnie pozamiatał dokładnie podłogę i przetarł ją na mokro. Umył też okna, a potem wszystkie urządzenia w łazience. Szczególnie starannie wypolerował lustra nad umywalką i w przedpokoju. Gdy pralka skończyła prać, rozwiesił wyprane rzeczy na suszarce, włączył grzejnik. Chciał, aby, kiedy nadejdzie oczekiwana chwila, wszystko było już wysuszone, wyprasowane i ułożone na swoich miejscach. Nie wyobrażał sobie, że Kres Istnienia mógłby go zastać w trakcie jakiejś niedokończonej czynności.

Asteroida uderzyła dokładnie tak, jak przewidzieli naukowcy. Około dwudziestej pierwszej czasu uniwersalnego. Na Jego zegarku dochodziła właśnie dwudziesta druga. Potężny wstrząs zrzucił na podłogę wszystkie przedmioty starannie poukładane na półkach, powywracał same półki i inne meble, na koniec także podłogę wraz ze ścianami i całym budynkiem zamienił w stertę gruzu. Porządek, jaki On z takim pietyzmem budował wokół siebie, został w jednej sekundzie unicestwiony. Nikt nie wie, co stało się z tym, który, równie pieczołowicie, budował w sobie.

 

Zdjęcie na licencji: Creative Commons

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Musisz zaznaczyć pole *

Możesz użyć takich HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>